piątek, 11 lipca 2014

37. "Jutro 4. Przyjaciele mroku" John Marsden

Na myśl o powrocie robi mi się niedobrze. Mam ochotę krzyknąć: "Posłuchajcie mnie, do diabła!Mam gdzieś wasze wielkie plany!" Chcę, żeby ktoś, ktokolwiek, przyznał, że to, czego ode mnie oczekują, jest wielkie, olbrzymie, gigantyczne. I nie chodzi wcale o to, że tu jest nam tak wspaniale. Nie jest.
Mam wrażenie, ze wszyscy przestaliśmy być sobą. Homer chce nami rządzić bardziej niż kiedykolwiek. Fi i Kevin wszystkiego się boją, a Lee... nie poznaję go.
No i zrobiłam coś, czego dawna Ellie nigdy by sobie nie wybaczyła. Jedyne, co pomaga mi przetrwać, to nadzieja, że tam, na miejscu, znów staniemy się sobą.



 W końcu zabrałam się za czwartą część serii Jutro. Szczerze, to nie mogę się już doczekać jak też się ona zakończy. Mam wiele własnych pomysłów, które, jak sądzę, się nie sprawdzą. Z niecierpliwością czekam na to, co też pan Marsden przygotował w ostatnich tomach dla swoich Czytelników. Ale dobra, miałam tu pisać o Jutro 4, tak więc będzie. ;)

Na wstępie muszę od razu przyznać, że seria mnie jakoś szczególnie nie porwała. Nie wiem, może nie umiem wczuć się w jej klimat, czy coś. Nie mniej jednak polubiłam ją. Ale po tej części czwartej polubiłam ją jeszcze bardziej. Miałam już pisać, że nie wiem, co ma ona czego wcześniejsze nie mają, ale nie. Już wiem, ale o tym poniżej.

Lee, Homer, Kevin, Fee, Ellie to młodzi ludzie, którzy nigdy już nie będą tacy, jak wtedy gdy poznaliśmy ich w pierwszej części (może niektórzy tego nie zrobili, zatem lećcie to nadrabiać). Dużo przeszli. Wojna dała im się poważnie we znaki, ale to co stało się w więzieniu... Skutków chyba już nie będzie się dało odwrócić. Na szczęście jednak nasza piątka bohaterów ma szansę na regenerację. W końcu po miesiącach życia w ukryciu, lecą do Nowej Zelandii, by tam odpocząć i spróbować żyć jak normalne nastolatki a nie działacze wojenni. I nie da się tego ukryć - mogli wieść tam niemal sielankowe życie. Oni jednak najpierw musieli zatroszczyć się o swoje zdrowie fizyczne jak i psychiczne. Ale nie ukrywajmy - to psychiczne było w tragicznym stanie. Tak więc pod okiem lekarzy i psychologów mogli dochodzić do siebie. A gdy dorośli stwierdzili, że już wszystko gra, pojawiło się hasło: "Wracamy". Sądzę, że wtedy dla całej piątki świat się zawalił. Przynajmniej dla Ellie tak. Mimo wszystko, gdy znów znaleźli się w Wirrawee, poczuli się pewniej. W końcu to ich miejsce, ich miasto, ich kraj. A zadanie mieli mieć dość łatwe. Nic tylko przeżyć te kilkanaście dni i szybko wrócić do Nowej Zelandii. Ale niestety lub jak dla mnie stety, pan Marsden postanowił pozmieniać im trochę plany, oczywiście na dużo gorsze.

"Kiedy to się skończy, przeżyję swoje załamanie nerwowe. Zapracowałam na nie, jestem do niego uprawniona, zasługuję na nie i na pewno z niego nie zrezygnuję."

Hmm no więc wiecie, co ma ta część, czego inne nie mają? Powiem Wam. Może ktoś, kto czyta tę serię, zdążył zauważyć, jak to bohaterowie - nastolatkowie - są wspaniali. No normalnie każda niemal akcja udaje im się w całości, lub przynajmniej połowicznie. Niesamowite, czyż nie? Ale w Przyjaciele mroku mamy (nie)miłą niespodziankę. Cóż, dla mnie miłą, dla bohaterów nie. I w ogóle wszystko potoczyło się zupełnie inaczej niż przypuszczałam. To ogromny plus. No i jeszcze widoczne zmiany w zachowaniu bohaterów. Ellie to już nie ta sama Ellie jak dawniej. Ale nie będę tego bardziej rozwijać, musicie po prostu przeczytać książkę, by się dowiedzieć co się tam wydarzyło.

"Bez względu na wysokość ceny warto ją zapłacić. Nie wolno iść na łatwiznę i nie wolno żyć bez celu. Trzeba zapłacić cenę i być z tego dumnym."

Nie wiem w sumie co mogłabym napisać jeszcze na temat tej książki. Może akcja nie była tak dynamiczna, jak by się chciało, ale ja się wcale nie nudziłam. Przyjemnie mi się czytało i nie mogę się doczekać aż sięgnę po piątkę. Jeszcze bardziej nie mogę się jednak doczekać, aż sięgnę po siódemkę, ale po kolei. Tak więc książkę polecam każdemu bez wyjątków a Ci, którzy nawet nie wystartowali z serią, niech się zabiorą za część pierwszą, bo warto.



Ocena: +5/6


Tytuł oryginału: Darkness Be My Friend
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 267

poniedziałek, 7 lipca 2014

36. "Finale" Becca Fitzpatrick

Czy istnieją takie przeszkody, których nawet miłość nie pokona?

Nora jeszcze nigdy nie była tak pewna swej miłości do Patcha. Upadły czy nie, to on jest tym jedynym. I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ta dwójka stanowi dla siebie śmiertelne zagrożenie, dziewczyna nie ma zamiaru rezygnować z ukochanego. Teraz muszą połączyć siły, by stoczyć ostateczną walkę o życie. Starzy wrogowie powrócą, pojawią się nowi, a ktoś zaufany okaże się zdrajcą. I choć role zostały rozdzielone, Nora i Patch nie wiedzą, po której stronie przyjdzie im walczyć.




Jak zapewne wszyscy, lub większość z Was wie, Finale to ostatnia część serii Szeptem. Dzięki niej, zakończyła się moja przygoda z Patchem, Norą, Scottem i Vee. Jakie są moje odczucia?

Kolejny raz popełniłam ten sam błąd. Mianowicie przeczytałam książkę w połowie czerwca, potem przeczytałam jeszcze jedną i jeszcze jedną a recenzji tej pozycji nawet nie zaczynałam i teraz nie mam pojęcia co powinnam napisać.Ale jakoś damy rade.
Po złożeniu przysięgi krwi, Nora musi wybrać: stanąć na czele Nefilów czy też doprowadzić do upadku powstania zanim w ogóle ono wybuchnie i stanąć po stronie upadłych aniołów. No nie powiem, łatwej do podjęcia decyzji to ona nie miała. Na razie jednak musi przynajmniej udawać, że jest urodzoną przywódczynią. Nie szło jej jakoś specjalnie dobrze, szczególnie gdy spotykała się z Patchem. Nefilowie nie ufali jej i Norze groziło odsunięcie od władzy wbrew jej woli. Na szczęście z pomocą przyszedł jej jednak Nefil, znajomy Scotta i prawa ręka Czarnej Ręki - Dante. Chce on wyszkolić Norę, by była w stanie sama walczyć a także ma być jej udawanym chłopakiem. Czy Nora przyjmie jego pomoc? Czy będzie musiała rozstać się z Patchem? Czy utrzyma się u władzy? Intrygujące pytania, czyż nie? :)

Nie mogłam się doczekać aż przeczytam zakończenie historii Patcha i Nory. Obawiałam się jednak trochę, że nie zaspokoi ono moich wymagań. Na szczęście książka wzbudziła we mnie wiele emocji, za co jestem naprawdę wdzięczna autorce. Nie chodzi to jednak o jakieś pozytywne uczucia. Najczęściej po prostu byłam poirytowana zachowaniem bohaterki, głównie chodzi tu o Norę, a dlaczego jestem zadowolona? Bo w moich odczuciach, ta bohaterka była zbyt grzeczniutka w poprzednich częściach, a właśnie w tej kłamała, kręciła, zwodziła. Nie była już przynajmniej tą idealną Norą. :)

"- Chciałem zabrać Norę na przejażdżkę, ale coś nie mogę jej przekonać. - wyznał Dante.
- To dlatego, że jej chłopak, to prawdziwy macho. Jego rodzice nie mogli go nawet posłać do szkoły, bo nie opanował zasad, których uczyli nas przedszkolu, jak na przykład tego, że trzeba się dzielić. Jeżeli odkryje, że zabrałeś Norę na przejażdżkę, z twojego porsche zostanie błyszcząca harmonijka. "

Co do bohaterów.. Muszę przyznać się bez bicia, że od początku lubiłam Dante. Wkurzało mnie, że Nora tak go unikała, zamiast przyjąć pomoc. Gdybym była na jej miejscu, chyba od razu bym mu zaufała. Gdy pod koniec wyszło szydło z worka, a Dante pokazał swoją prawdziwą twarz, nie mogłam w to uwierzyć. I tu ogromny plus dla autorki. Nigdy bym nie pomyślała, że akcja może się tak potoczyć i byłam naprawdę zaskoczona.
Vee to postać, którą również darzę sympatią. Jej wypowiedzi nieraz zapisuję sobie w swoim zeszycie, by móc później je sobie poczytać. Jest to naprawdę fajna dziewczyna, której życie miłosne w ogóle się nie układa. Trochę nie fair, że nie może ona znaleźć prawdziwej miłości, która albo nie zdradzi, albo nie umrze.
A i to co się stało pod koniec książki naprawdę mnie zaskoczyło. Niestety nie było to pozytywne odczucie, ponieważ jak dla mnie, to ta informacja to już za dużo. No i jeszcze, że Nora w ogóle się nie domyślała? Dziwne.
Marcie nie lubiłam od zawsze. Niby w tej części autorka przedstawiła ją w nieco innym świetle. Nie była już tą rozpieszczoną córeczką z kartą kredytową, co było miłą odmianą. Ale i tak nigdy nie czułam do niej ani cienia sympatii. I jestem z tego zadowolona.

"(...) Wygląda na to, że prawdziwa z ciebie szycha, moja ty Królowo Matko. Przywódca armii Czarnej Ręki! No, no. - Vee gwizdnęła z uznaniem. - Nieźle dziewczyno. Pamiętaj, żeby wpisać to sobie do CV."

Jeśli na początku było dość nudno, to na końcu nie ma o tym mowy. Właściwie to nie mogłam oderwać się od książki. Działo się naprawdę wiele, wywoływało to ogrom emocji a ja zapomniałam o tym, że muszę coś zrobić jeszcze w domu, że powinnam na chwilę oderwać się od lektury. Nie było na to szans. Ostatnie rozdziały pochłonęłam w szybkim tempie, bez robienia zbędnych przerw.

Serię "Szeptem" naprawdę polecam każdemu. Zapisze się ona w mojej pamięci bardzo pozytywnie. Nie żałuję ani minuty spędzonej na czytaniu którejkolwiek z części. Nie będę tu pisać "przeczytajcie Fnale bo jest świetne", bo jeśli ktoś skończył Cieszę to kimże by był, gdyby nie zakończył czytania tej serii mając przed sobą tylko ostatni tom. Dlatego też, jeśli nie zaczęliście serii to warto sięgnąć po pierwszy tom a jeśli ktoś nie wie, czy kontynuować to niech się nawet nie zastanawia. Polecam. :)



Ocena: 9/10


Tytuł oryginału: Finale
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 416
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...