poniedziałek, 29 lipca 2013

16. "Rekrut" Robert Muchamore

Terrorystka nie otwiera drzwi obcym w obawie przed tajnymi funkcjonariuszami policji i agentami służb bezpieczeństwa. Jednak jej dzieci przyprowadzają swoich kolegów i biegają z nimi po całym domu.
Kobieta nie ma pojęcia, że jedno z dzieci założyło podsłuch w każdym pokoju, skopiowało zawartość dysku komputera i sfotografowało notes z adresami. To dziecko pracuje dla CHERUBA.
Agenci CHERUBA mają od dziesięciu do siedemnastu lat. Ich zadaniem jest prześlizgiwanie się pod radarem uwagi dorosłych i zdobywanie informacji, dzięki którym przestępcy i terroryści posyłani są za kratki.
Oficjalnie nieletni agenci nie istnieją.


Jeśli mam być od początku szczera, to przyznam że będąc w bibliotece nie sięgnęłabym po tę książkę. W sumie to nigdy nie patrzyłam na półkę z książkami tego gatunku. Jeśli ktoś zwraca uwagę, to u mnie najczęściej można spotkać jakieś paranormal romance. No, ewentualnie fantasy. Po "Rekruta" sięgnęłam tylko z tego powodu, że koleżanka się nim zachwycała. Jakie są więc moje wrażenia?

Młody James po stracie matki trafia wraz z siostrą do sierocińca. Dziewczynkę jednak zabiera jej ojciec. Rodzeństwo zostaje więc rozdzielone. James nie ma warunków do spotkania Laury. W sierocińcu mu się nie podoba. Wpada w złe towarzystwo, zaczynają się kłopoty. Wszystko wydaje się beznadziejne, aż tu pewnego dnia wszystko staje na głowie. Obserwowany James zostaje zgarnięty przez organizację dla młodych agentów - CHERUB - i wywieziony do ich siedziby. Tam zostaje mu ukazany teren ośrodka szkoleniowego oraz mieszkania. Dla chłopaka to miejsce wydaje się znakomite. Wyposażone bogato pokoje to coś zupełnie innego niż sierociniec. Zachwycony James postanawia zostać. Zaprzyjaźnia się z innymi dzieciakami i czuje że w końcu zaznał szczęścia. Ale to jest chyba za piękne by było prawdziwe. Po kilku miesiącach musi przejść szkolenie podstawowe. Jest to bardzo trudne szkolenie. Wyciska nie tylko pot ale i łzy. Czy młody James poradzi sobie na tym trudnym torze? Jak potoczą się jego losy jako rekruta?

Pierwsze 50 stron to opis życia młodego chłopaka przed trafieniem do sierocińca. Muszę przyznać, że nudziło mnie to. Nie przypadła mi do gustu jego matka. Nie przypadła mi do gustu jego szkoła. Nie przypadł mi do gustu sam główny bohater. Czytałam jednak dalej. Już nawet wystawiłam z góry tej lekturze niską ocenę. Stwierdziłam, że najwidoczniej mamy z Natalią różne gusta. Jak to jednak ze mną bywa, nie lubię odstawiać książki. Zawsze muszę skończyć. W życiu miałam tylko jeden wyjątek kiedy wymiękłam. Tak więc czytałam dalej i muszę tutaj zwrócić honor. Książka mnie przyjemnie zaskoczyła. Czym?

Pierwszym ogromnym plusem jest bardzo dużo akcji. Gdy teraz zestawię początek i koniec a także środek książki, to w życiu Jamesa wiele się zmieniło. W ciągu 300 stron przeszedł wiele. Aż trudno sobie wyobrazić, ile może się podziać w tak niepozornej książce. Po przebrnięciu początku, reszta szła po prostu z górki. Aż przyjemnie było przeczytać coś nowego, coś innego.
Kolejnym plusem jest nawiązaniem do wcześniejszego. Wszystko jest starannie opisane. Każdy wątek odpowiednio wykorzystany. Co mam na myśli pisząc starannie? Ano to, że autor nie pisze nam o jednej akcji 50 stron, zmuszając nas do brnięcia i czekania końca, ale właśnie poświęca kilka stron, kilka przyjemnych stron i zmienia ponownie taktykę. Dorzuca nowych wątków, nowych postaci, nowych sytuacji by nam się z Rekrutem nie nudziło. Nawiązałam to wcześniejszego, ponieważ dzięki temu dużo się w książce dzieje.
Następnym plusem jest wątek miłosny. Głównym tematem "Rekruta" są właśnie tajni agencji. A co idzie za agentami? Ich coraz to nowe misje. Pan Muchamore starannie wplótł w tę akcję troszkę wątku miłosnego. Troszkę, żeby nie przyćmić prawdziwego sensu tej lektury. A wiadomo, że te klimaty mi nieraz przypadają do gustu. Co mnie jednak wkurzyło? Że James i Joanna zaraz przypadli sobie do gustu. Albo raczej Joanna dopiero poznała Jamesa i chciała się już z nim całować. Wkurzające? Wkurzające, ale chyba można przymknąć na to oko.

Podsumowując, książka mi się spodobała. Nie było jakiejś większej rewelacji, ale na pewno miło się czytało. Z pewnością będę kontynuowała serię, nie poprzestanę na "Rekrucie". Jeśli jest ktoś zainteresowany tematyką, niech się zabiera za czytanie. A jeśli nie, to pamiętajcie, że ja również sądziłam, że to nie dla mnie. Sądzę jednak, że każdy może spróbować. Decyzja należy do Was. :)

Ocena: 7/10

czwartek, 18 lipca 2013

15. "Przywrócona" Amanda Hocking

Wendy, następczyni tronu królestwa, musi poślubić księcia Vittra. To jedyny sposób, żeby ocalić Trylle przed ich śmiertelnym wrogiem i zapobiec krwawej wojnie z niepokonanym przeciwnikiem. Lecz myśl o tym, że przyjdzie jej opuścić miejsce, które stało się jej domem, jest nie do zniesienia...
Pożegnała się już ze swoją pierwszą miłością, czy teraz przyjdzie jej poświęcić drugą? Czy będzie musiała wyrzec się uczucia do Lokiego, tak jak wcześniej wyrzekła się miłości do Finna? Czy czeka ją najtrudniejszy wybór:z którym z nich zostanie na zawsze...
Jeśli tylko ich magiczny świat ma przed sobą jakieś "na zawsze". Przyszłość Trylli leży w rękach Wendy - pod warunkiem że odważy się o nią walczyć...



Tak jak i przy ostatniej części, to i teraz mam problem z interpretacją opisu. "Wendy, następczyni tronu królestwa, musi poślubić księcia Vittra" - he? Niestety czegoś tu nie rozumiem.. Może mam teraz zaspany umysł i nie za bardzo funkcjonuje, ale o ile pamiętam, Wendy była zmuszona poślubić Tova - Tryllickiego markiza. Gdzie tu rozmawiać o Vittrze? Owszem zakochała się w Lokim który BYŁ Vittrą, ale kochała go a nie była do niczego zmuszana. No nic, mniejsza z tym. Może błąd wydawnictwa? No chyba, że mój.

Tak więc "Przywrócona" to już ostatnia część trylogii. Wendy wydaje się tu.. dojrzalsza. No, może nie całkiem. Widać jednak wyraźnie, że stara się być dobrą przywódczynią. Oczywiście chyba ma o sobie duże mniemanie, podejmując sama decyzje bez wiedzy Tova. Nie zawsze, ale zdarzało się tak, że zapominała wtajemniczyć męża. Aż się dziwię, że tak lekko to potraktował i nie był zbyt bardzo zły. Można było jednak zaobserwować, że Wendy próbuje być jak matka. Ale czy można powiedzieć że jej nie szło? Jak na mój gust, gdyby przymknąć oko na niektóre "odskoki", była dobra w tym co robiła. A podejmowała ważne decyzje, zwoływała narady, dyskutowała, broniła. Ja więc nie mam jej nic w tym wypadku do zarzucenia.

Nasza główna bohaterka coraz mniej skupia się na swoim ukochanym Finnie.. a coraz bardziej na Lokim. Nawiasem mówiąc denerwuje mnie jego imię. Chłopaka jednak bardzo polubiłam. Drażnił się z Wendy, miał humorek, był zupełnie inny niż Finn. Lepszy. Dążył do tego, czego pragnął. Nie przejmował się opinią i zasadami. Z drugiej jednak strony nasz Finn był opiekuńczy i nie chciał by królewna miała problemy. Ale to Loki dostał królową. Czyżby tworzył się morał by walczyć do końca nawet gdy wydaje się nam niemożliwe osiągnięcie celu?

Książka przyjemna. W sumie jak i inne części nie była doskonała. Zdecydowanie jednak będę miała dobre wspomnienia. Co mnie wytrąciło z równowagi? Był wątek przez który zamknęłam książkę z hukiem i odłożyłam na półkę. Wybrałam spanie niż dokończenie zaledwie może pięćdziesięciu stron czy nawet mniej. A co to było? Może być to dziwne, że tak bardzo mi sie to nie spodobało, w końcu tu w tej trylogii nie jest normalnie, jak w normalnym świecie. Ale jak można! Jeden bohater umarł, bohaterka nie może sama go uleczyć a raczej wskrzesić, więc prosi o pomoc inną. I tak czerpie z tej drugiej moc by go ożywić. A zaraz po odzyskaniu przytomności, koleś ma tak dużo siły by zanieść dziewczynę na rękach. Zaraz po wstaniu z martwych. Wydaje mi się, że tu właśnie autorkę zbyt bardzo fantazja poniosła. Bo wydaje mi się to za bardzo wymyśle, sztuczne i sprowadzające na ziemię. Aż przypomniała mi się Wendy Wu z filmu Disney'a! Zbieg okoliczności? Obie mają na imię Wendy. Tak samo pani Hocking mogła rozbudować wątek przy walce z ojcem. A nie, że królowa machnęła, zrobiła to i to i po krzyku.

Pokochałam zakończenie. A szczególnie epilog. Może się wydać to wszystko zbyt szczęśliwe i w ogóle, ale ja jestem chyba po prostu miłośniczką hepi endów! Bardzo byłam szczęśliwa szczęściem Wendy i Lokiego. To jest coś co chyba każdy chciałby przeżyć. Mogą być razem. Nie muszą ukrywać swojej miłości. Mogłabym się wywodzić na ten i inne tematy.. ale czy przypadkiem nie zdradzę jakiegoś ważnego wątku? Ale tak szczerze to można powiedzieć, że cała ta książka jest wypełniona szczęściem. Zgoda między Wendy i Elorą, szczęśliwa dla Trylli bitwa, wolność dla Wendy i Lokiego... No cóż, mnie to jakoś nie przeszkadzało ale jeśli faktycznie ktoś jest raczej przeciwnikiem takich przesadzonych pozytywami książek, niech potem nie żałuje gdy już się za tą lekturę weźmie.

Książka jako zakończenie trylogii dobra. Oczywiście zmieniłabym kilka rzeczy, kilka wątków ale to przecież dzieło pani Amandy. W pisaniu książek chyba właśnie jest tak, że autor opisuje to co jemu się podoba a oby się spodobało i odbiorcom. Tak więc z pewnością nieraz wspomnę tę trylogię pozytywnie.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 15 lipca 2013

14. "Rozdarta" Amanda Hocking

Wendy odkryła swoją tajemnicę, zrozumiała, dlaczego jej matka chciała ją zabić... Poznała świat Trylli i dowiedziała się, że do niego należy i że w nim ma wypełnić swoje przeznaczenie. Nie mogła jednak tam pozostać, nie mogła pogodzić się z tym, że rządzona przez okrutną królową zagadkowa magiczna kraina to jej prawdziwy dom.
Ale powrót do dawnego życia, do domu i szkoły nie przynosi spokoju. Wendy nie może przestać myśleć o Tryllach, o ich śmiertelnych wrogach, których atak cudem przeżyła, o nadciągającej wojnie,której tylko ona może zapobiec, i o Finnie, którego miłość do niej skazała na wygnanie z jego świata.


Miałam już zaplanowany początek recenzji. Zaczęłam pisać opis z okładki i tylko modliłam się, żeby mi on nie umknął. Zapoznając się jednak z tym opisem od nowa, dostrzegłam kilka sprzeczności. Zauważyłam, że słowa które możemy znaleźć po wewnętrznej stronie okładki, są trochę naciągane. Może chodziło o ładniejsze oprawienie powieści? Ale ja się pytam, kiedy Wendy po ucieczce poszła do szkoły? Nie wiem, może to mnie pamięć co do początku książki zawodzi, ale wydaje mi się że dziewczyna ledwo co rzuciła się na łóżko po szybkim pojawieniu się Finna, a tu nagle ją porwano. Nawet nie zdążyła przywitać się z ciotką, bo jej nie było. A co do wygnania Finna, czyż to nie on sam podrzucił pomysł królowej by go usunęła? Sądził bowiem, że tak będzie lepiej dla królewny. Rzuciłam się o to, ponieważ od początku inaczej byłam nastawiona do tej książki. Kto by pomyślał, że Wendy powracającej do domu zostaną poświęcone zaledwie dwa krótkie rozdziały? Sądziłam że będzie to wszystko bardziej rozbudowane.

Tak więc "Rozdarta" to druga część trylogii Trylle. Po ucieczce Wendy z królestwa, czeka na nią zdenerwowany Matt oczekujący wyjaśnień. Ledwie wyjawiła mu część prawdy, przedstawiła mu jego rodzonego brata Rhysa i chciała się położyć spać ignorując jego dalsze dociekania. Ale tu pojawia się odsiecz z królestwa! Finn i Duncan przybyli po królewnę by zabrać ją z powrotem do domu. Wendy jednak nie chce wracać. Czyż nie po to uciekła? Tak więc odprawiła młodzieńców, pewna tego że Finn będzie jej strzegł, nigdy nie opuści jej gdy będzie podejrzewał zagrożenie. I dokładnie w tym momencie się wściekłam na naszą drogą królewnę. Już z początku irytowała mnie swoją pewnością siebie. Odrzuciła Finna, ale była pewna że on nigdzie nie odejdzie. Przecież nie mógłby jej zostawić. Później po małym zaskoczeniu porwaniem, zastanawiała się jak do tego mogło dojść! Jak Finn mógł zostawić ją, Wendy na pastwę wszelkich niebezpieczeństw. Aż chciało mi się do niej krzyczeć z sarkazmem w stylu "Ale Mała sama tego chciałaś, chciałaś by Cię zostawił i wiedziałaś jakie mogą być konsekwencje!". I tak by nie posłuchała.

"- (...) Ale to jestem ja. Mam prawo wiedzieć.
- To nie tak. Nie masz prawa znać cudzych myśli tylko dlatego, że dotyczą ciebie - sprzeciwił się. - Tak samo jak ja nie mam prawa wiedzieć, co myślisz o mnie.
- Zakładasz, że o tobie myślę? (...)" 
Muszę przyznać, że akcja z początku wprost przytłacza. Ciągle coś się dzieje. Człowiek już sobie myśli, że może tak będzie do ostatniej strony. Pojawiło się kilka nowych postaci. Poznajemy Lokiego o którym właściwie przetoczy się i w połowie i pod koniec książki. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. A raczej dobrego na złe. Bo nasze zadowolenie z szybkiej akcji zostaje zamienione w znudzenie. Przez połowę książki dowiadujemy się o jakże ciężkich treningach Wendy. Te wszystkie zebrania, ćwiczenia i ogólnie opisy co takiego robi królewna dzień w dzień są trochę nudne. Można było jednak przez nie przebrnąć. Ja dałam radę i doczekałam się ponownych ciekawych wątków. Tego jakich tych wątków już jednak nikomu nie zdradzę, zobaczycie lub raczej przeczytacie sami jeśli zdecydujecie się sięgnąć po "Rozdartą".

"- Duncan, nie musisz iść za nami. (...)
- Niech lepiej idzie - mruknął Tove
- Dlaczego? - zapytałam. Duncan uśmiechnął się, zadowolony, że Tove o nim pamięta.
- Musimy mieć na kim ćwiczyć. (...)" 
 Muszę przyznać, że w ciągu czytania pierwszej części, bardzo lubiłam wątki związane z Finnem. W drugiej części muszę jednak się poskarżyć. Irytowało mnie zachowanie Finna, Wendy z resztą również. Nie umiem tego sprecyzować. Po prostu czasem był zbyt oschły, zbyt ignorował dziewczynę lub też wybuchał. Nie był tym samym który oczarował mnie w pierwszym spotkaniu.Nie mniej jednak królewna mogłaby zachować te wszystkie żałosne czasem pretensje dla siebie. A nieraz zachowywała się tak, że w ogóle nie myślała co robi. Co dało jej odwiedzenie jej strażnika w domu? Nic. Chociaż w sumie zazdrościłam jej tego działania bez namysłu. Nieraz przydałaby mi się taka postawa w życiu. Zaskoczyli mnie oni jednak pod koniec, za co jestem wdzięczna. Chociaż szczerze chciało mi się śmiać z ich małej wpadki. Byłam też trochę zła na Wendy, że w tamtej chwili zapomniała o Tove.

Książka wiele razy mnie pozytywnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się czegoś, zakładałam inaczej, wykluczałam warianty a tu i tak stało się coś, czego nie miałam zamiaru nawet brać pod uwagę. Chyba tylko raz udało mi się przewidzieć co się stanie. Oczywiście nie byłam z tego zadowolona. Zadowolona jednak byłam z poprawiających się pod koniec stosunków między matką i córką. Poprawiających mam nadzieję. Mam złe przeczucie, że końcowe wydarzenia to tylko chwila. No cóż, reszty należy dowiedzieć się z "Przywróconej"

Podsumowując (jest to chyba moja najdłuższa recenzja) "Rozdarta" mimo wszystko była przyjemną lekturą. Wątpliwości z początku rozwiały się pod koniec. Jeśli coś mnie denerwowało, irytowało bądź po prostu było niejasne, wymieniłam wyżej. Tak więc lektura jest dobra. Nie lepsza od poprzedniczki, lecz ja jestem zadowolona. Bałam się w końcu, że będzie gorsza. A tu miłe zaskoczenie bo i Wendy trochę mimo wszystko wydoroślała i z akcją nie było tak najgorzej. Jeśli ktoś jest zainteresowany tematyką książki, niech się zabiera do czytania.

Ocena: 7/10

piątek, 12 lipca 2013

13. "Zamieniona" Amanda Hocking

Kiedy Wendy Naverly miała sześć lat, jej matka, przekonana, że Wendy jest potworem, próbowała ją zabić.
Jedenaście lat później Wendy usiłuje zgłębić swoją tajemnicę. Kim jest? Do jakiego świata należy? I dlaczego jest inna?
W kolejnym nowym mieście i w nowym liceum Wendy znowu jest wyobcowana. Nie umie się z nikim zaprzyjaźnić. I nikomu nie może zdradzić swojego sekretu: że potrafi wpływać na ludzkie umysły, narzucać im swoją wolę...
Pewnej nocy za jej oknem zjawia się nieoczekiwanie tajemniczy chłopak. Zna odpowiedzi na jej pytania, zagadkę jej przeszłości, źródło jej daru i drogę do miejsca, którego istnienia nawet nie podejrzewała...


"Trylogia TRYLLE wywołała sensację wydawniczą,  jakiej nie było od czasu Stephenie Meyer ani nawet J.K. Rowling." Z tymi słowami możemy zapoznać się w górnej części okładki. Niżej zamieszczona została informacja "Milion sprzedanych e-booków". Po przeczytaniu takich zachęcających słów od razu w głowach ciśnie się nam myśl: "To musi być jakiś fenomen!". Bierzemy więc książkę do ręki, czytamy i co? Zaczynamy się rozczarowywać! Tak przynajmniej było ze mną.

Młoda, niepokorna dziewczyna - Wendy, jest od zawsze źle traktowana w swoich domu. Ojciec zmarł gdy była mała, matka próbowała ją zabić a jedyne nadzieje może ona wiązać z bratem i ciotką. Odkąd pamięta nie zagrzali miejsca w żadnym mieście. Ciągle się przeprowadzali, zmieniali środowisko. Dlaczego? Bo Wendy nie umiała się ogarnąć i wysilić choć trochę. Ciągle wyrzucana ze szkoły, nie umiała się nigdzie zaaklimatyzować. Mimo to zmuszana była by zdobywać wykształcenie, tego chciała ciotka. Pewnego dnia spotyka jednak w szkole dziwnego chłopaka który ciągle jej się przygląda. I wtedy zaczyna się seria wydarzeń. Wendy dowiaduje się od tajemniczego Finna prawdy o sobie. Prawdy z którą nie potrafi, a może nie chce się zmierzyć.

Trolle to postacie zawsze postrzegane jako olbrzymie, przerażające stwory z maczugą w łapie. I pierwsze zaskoczenie. Pani Hocking postanowiła trochę inaczej nam ukazać te stworzenia. Według powstałej przez nią trylogii trolle to piękne istoty bardzo podobne do ludzi. Są one jednak doskonalsze. Są piękniejsze a w dodatku posiadają niewiarygodne moce.

Jak u góry wspomniałam, wraz z rozpoczęciem lektury poczułam rozczarowanie. To nie to, że książka to dno - jest dobra a z końcem jeszcze podniosła sobie ocenę. Od początku irytowali mnie bohaterowie. Wraz z pierwszymi stronami nie mogłam wtopić się w świat stworzony przez autorkę. Zadziwiała mnie więc postawa matki, lub lepsze określenie - przybranej matki Wendy. Od początku nienawidziła córki, wiedziała że ona nie jest jej. Wiedziała, że miała mieć synka. W ogóle nie przyjmowała do siebie informacji że może był błąd i źle zdiagnozowano płeć dziecka. W dniu szóstych urodzin dziewczynki nerwy jej puściły i prawie ją zabiła. Niewiarygodne, prawda? Z resztą biologiczna matka Wendy nie jest wiele lepsza.. Choć wiadomo, zależy jej na życiu córki. Denerwuje mnie jednak jej chłodny i zimny charakter.
Kolejnym, można powiedzieć nieznośnym bohaterem, jest brat Wendy - Matt. Niby opiekuńczy i miły, ale moim zdaniem zbyt wybuchowy. Gdy mu się coś nie podobało, wpadał w złość. A robił to bo chciał chronić siostrę. Nie mniej jednak to zachowanie mnie irytowało i to bardzo.
Mogłabym również czepiać się głównej bohaterki. Ale wspomnę tylko o tym, że dziwiło mnie jej nastawienie. Czym by nie była, chyba zawsze można się tyle postarać by zatrzymać się w jakiejś szkole do końca roku szkolnego, chociażby z zagrożeniami. Niby jej tak bardzo zależało na rodzinie, a nie umiała z siebie tyle wykrzesać. Potrafiła tylko się obwiniać. Śmieszne.

Szczerze mówiąc, krytykując tak bohaterów obniżam swoją ocenę na temat lektury. Chyba właśnie wyjmuję na światło dzienne to, co próbowałam zakryć. Mimo to dobrze czytało się "Zamienioną". Oczywiście w wielu momentach zdarzało się mi odgadywać następne kroki bohaterów. A niekiedy znajdywałam powiązania z innymi przeczytanymi lekturami. Najbardziej narzuciło mi się wspomnienie "Księżyca w nowiu" z sagi "Zmierzch". Nie powiem jednak w jakim momencie i sytuacji sobie to skojarzyłam, bo zdradziłabym wątek. Dorzucę jeszcze naprędce, że nie podobało mi się również zakończenie.. Ale może wyjdzie z niego niezły wątek dla drugiej części?

Wymieniłam złe cechy, ale naprawdę książka nie jest zła. Właściwie muszę powiedzieć, że jest dobra. Przeczytałam ją w szybkim tempie jak na mnie. Język autorki jest dobry, a fabuła wciąga. Spodobał mi się Finn i jego charakter oraz postawa. Polubiłam również Rhysa oraz Willę. Uwielbiam wątki z Wandy i Finnem. Spodobało mi się to, jak jej bronił i nad nią czuwał. Mimo tego, że była to część jego pracy, było to słodkie. Oprócz wyżej wymienionych zażaleń, nie mam już chyba nic do zarzucenia. Z pewnością będę kontynuowała trylogię, której pozostałe książki czekają już na mnie na półce. Mam nadzieję, że kolejne części będą tak dobre, albo raczej jeszcze lepsze od tej części. Dla chętnych, lub niezdecydowanych polecam. Może ocenicie tę książkę lepiej? Choć ja i tak raczej dobrze będę ją wspominała. :)

Ocena: 7/10

środa, 10 lipca 2013

12. "Pałac Północy" Carlos Ruiz Zafón

Kalkuta,1932 rok. Ben, wychowanek sierocińca St. Patrick's, skończył  już 16 lat, więc podobnie jak jego przyjaciele będzie musiał opuścić dom dziecka i rozpocząć dorosłe życie. Tuż przed wyjazdem poznaje Sheere, swoją rówieśniczkę, i zabiera ją do Pałacu Północy na ostatnie spotkanie tajnego stowarzyszenia, które założył wraz z przyjaciółmi.
Gdy dziewczyna opowiada im tragiczną historię swojej rodziny, członkowie stowarzyszenia postanawiają jej pomóc w odnalezieniu legendarnego domu, który pojawia się w opowieści. Nie wiedzą, że właśnie natrafili na trop jednej z najpotworniejszych tajemnic Kalkuty. Płonący pociąg, dworzec widmo, ognista zjawa - to tylko niektóre elementy makabrycznej łamigłówki.
Coś, co miało być niecodzienną przygodą, niebawem okazuje się śmiertelnie niebezpiecznym wyzwaniem.



16 lat - wiek, którego obawiali się młodzi mieszkańcy sierocińca, a którego za razem długo oczekiwali. To wtedy, wkraczając w progi dorosłości każdy miał zmierzyć się z własnym losem. Wyrzucony w świat, młody człowiek musiał się w nim odnaleźć.
W ciągu szesnastu lat jedni z wielu wychowanków tego domu dziecka, a mianowicie Ben, Ian, Michael, Roshan, Seth, Siraj oraz Isobel zdążyli się bardzo zaprzyjaźnić. Stworzyli stowarzyszenie, obiecywali sobie wzajemną pomoc a miejscem ich spotkań był Pałac Północy. Dla oka zwykłego obserwatora zwykłe ruiny dawnej budowli, dla młodych wręcz magiczne miejsce. Nasi bohaterowie obawiali się tego nieuniknionego momentu - momentu rozłąki. Zdawali sobie sprawę, że być może już nigdy się nie spotkają. W kilka dni przed odejściem, do sierocińca przybywa kobieta z wnuczką. I w ten sposób akcja przybiera zupełnie inny obrót. Co wspólnego mają ze sobą Ben i Sheere?

Carlos Ruiz Zafón po raz kolejny zaskakuje mnie swoim dziełem. Już jakiś czas temu przeczytałam "Światła września". Książkę czytałam jednym tchem. Widząc więc pozycję tego autora, od razu po nią sięgnęłam. I nie żałuję. Już wraz z pierwszą stroną czytelnik zostaje wciągnięty bezpowrotnie w tok wydarzeń i tragizm opowieści. Groza zdarzeń sprawia, iż kartkę za kartką przerzuca się z bijącym sercem. Historia Bena i Sheere wciągnęła mnie i trzymała do ostatniej strony. A może tak mówię bo łatwo mnie wystraszyć? Z natury nie lubię horrorów, a to wszystko przez szybkie wpadanie w strach.

Każdy z bohaterów książki był na swój sposób charakterystyczny i interesujący. Z chwilą poznania, od razu polubiłam Sheere. Nie wiem czym, ale dziewczyna zjednała sobie moje serce. Moment w którym uratowała swojego brata, był dla mnie niewiarygodny. Wszystko stało się bardzo szybko. Dziewczyna wiedziała co oznacza ukąszenie tak jadowitego węża. Nie przerażało to jej jednak w tak wielkim stopniu jak powinno - widziała wyłącznie Bena. Bena który jeśli sama czegoś nie zrobi, ześle samego siebie w sidła śmierci.

Jawahal to postać, która od początku przejmowała mnie strachem. Dokładne i staranne opisy autora pomagały mi wszystko dokładnie zobaczyć oczami wyobraźni. Zapoznając się więc z okrucieństwem upiora,  nie zważałam na przewracane kartki. Widziałam stację kolejową, naszych bohaterów, gęstą noc, ruiny... oraz jadący z zawrotną prędkością płonący pociąg z widmem i tysiącem dzieci wrzeszczących opętańczo.

Książką jestem zachwycona. Mogę stanowczo polecić ją każdemu. Każdemu kto chce oderwać się od rzeczywistości i poczuć odrobinę strachu.
Szkoda jednak, że autor nie zamieścił choćby zdania o założycielu sierocińca, który padł ofiarą Jawahala i mało nie spłonął wraz ze swoim gabinetem. Domyślam się jednak, iż wyszedł ze szpitala i powrócił do sierocińca.  Tak więc mimo to, lekturę będę wspominać bardzo dobrze i zdecydowanie każdy powinien zapoznać się z jakimś dziełem tego autora.

Ocena: 10/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...